Sport to zdrowie (?)

Jak każdy z nas dobrze wie, sport to zdrowie. Bardzo duża szansa, że nasz rozmówca spotkał się kiedyś z takim sformułowaniem. Są jednak sytuacje, w których trudno się z tym zgodzić. Mówię to jako poszkodowany dziennikarz, który złamał palec podczas jakże emocjonującego zajęcia, jakim jest WF. Poza tym, dla niektórych wychowanie fizyczne to po prostu bezsensowna i niepotrzebna lekcja. A więc, czy sport naprawdę jest tak kluczową częścią życia?

Nie chcę w tym artykule „wyżywać się” na lekcji, jaką jest WF, ale jako iż już wcześniej o niej wspomniałem, nie wypada nic o nim nie mówić. Otóż WF jest tematem bardzo zależnym od osoby. Jedni powiedzą, że są to ich ulubione zajęcia. Takie osoby z reguły mają do tej lekcji pozytywne nastawienie i dostają dobre (lub przynajmniej zadowalające) oceny. Inni – wręcz przeciwnie. Uznają lekcje wychowania fizycznego za marnowanie tak cennego czasu, który mogliby poświęcić chociażby na naukę. Chociaż z WF-u trudno zdobyć ocenę słabą, osoby te zwykle dostają gorsze noty.

Jeżeli już mówimy o wychowaniu fizycznym, to  należy też wspomnieć o czwartych godzinach WF-u. Te comiesięczne „dodatkowe” (chociaż obowiązkowe, jeżeli chcemy nie mieć zaniżonej oceny) zajęcia są inne niż wszystkie. Wybieramy się podczas nich na takie atrakcje jak gokarty, narty, ścianka wspinaczkowa. Jest to często ciekawa, a nawet przyjemna odskocznia od standardowych lekcji wychowania fizycznego. Jednak nie zapominajmy o tym, że  są one w sobotę! To odstrasza większość osób od tych zajęć. Uczniowie ograniczają obecność na nich do niezbędnego minimum potrzebnego do tego, aby ocena nie była zaniżona.

Zostaje jeszcze temat zajęć pozalekcyjnych. Na te dodatkowe „atrakcje” chodzimy zwykle dla rozrywki albo dlatego, że chcemy mieć bardziej aktywny tryb życia. Osoby wybierające się na takie zajęcia zwykle są chętniejsze do uprawiania sportu, ponieważ te ćwiczenia wybierają jednak same. Takie zajęcia mogą zajmować czas, ale często przynoszą lepsze efekty niż szkolny WF.

Po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że sport to zdrowie, ale nie dla każdego. Chętni do pracy nad sobą skorzystają z jego zalet. Jednak leniwi nie wyciągną z niego żadnego pożytku.

P53UD0N1M

Reklamy

Przesiadki klasowe

Nasza klasa szósta przesiada się  co tydzień i co miesiąc. Może brzmi to dziwnie, ale to prawda. Co tydzień nasza wychowawczyni  nas przesadza, a co miesiąc wybieramy sami, gdzie i z kim chcemy siedzieć. Wszyscy nie chcą siedzieć w pierwszej ławce. Spytacie dlaczego? Dlatego, że naprzeciwko pierwszych ławek jest biurko nauczyciela. A to z kolei powoduje kolejne argumenty przeciwko siedzeniu w pierwszej ławce, takie jak strach, kiedy nauczyciel patrzy na ciebie znad swojego biurka, a ty masz ćwiczenia otworzone na stronie, na której akurat nie masz zadania czy kiedy piszesz kartkówkę, a on patrzy na ciebie tym swoim wzrokiem. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że siedzenie w pierwszej ławce ma też swoje plusy takie jak wzrastanie odwagi czy odrabianie zadań domowych. Tak czy siak najlepiej siedzieć w ostatniej lub środkowej ławce i mówię to z własnego doświadczenia szóstoklasistki. Czy uważam, że pomysł na tak częste przesiadanie jest dobry? Szczerze, to uważam, że jest bardzo dobry, ponieważ pozwala w krótkim czasie poznać kolegów i koleżanki.

Joanna Łukasik

Plusy i minusa bycia obowiązkowym – z serii trudne jest życie gimbusa

Każdy nauczyciel ma w swojej głowie kartotekę, jaki uczeń przypada do grupy obowiązkowych, a który do tej, co wszystko bagatelizuje. My z dumą stwierdzamy, że należymy do pierwszej grupy i z całej siły próbujemy tam zostać, podczas gdy inni świetnie się czują w kółeczku beztroski. Jednak nigdzie nie jest idealnie. Może myślicie, że mając status pilnego ucznia, prowadzimy życie usłane różami. Jednak pamiętajcie! Róże oprócz pięknych płatków maja też zabójcze kolce! Takimi kolcami jest potępienie, gdy się zapomni zadania domowego albo źle się napisze sprawdzian – trzeba dbać o swoją reputację. Chodzi o to, że z góry wszyscy zakładają, że napiszesz supermegahiper… A to tak nie działa. Niestety. Nie jesteśmy cyborgami i też musimy poświęcić masę czasu, zanim się do czegoś przygotowujemy. Z drugiej strony, ci należący do nieobowiązkowych nie potrafią, a raczej ciężko im jest wyjść z chmurki negatywności. Lubią grać na komputerze, a obowiązki po prostu znikają z ich rutyny. Plusem jest to, że nie ciąży na nich żadna presja. Nikt nie oczekuje, że dobrze napiszą test, a gdy im się uda, wszyscy są zaskoczeni (co może być dość dołujące). Natomiast my, czyli ludzie dobrej woli, nie jesteśmy pytani przez nauczycieli, bo zakładają, że już wszystko umiemy. Oczywiście mają rację. No dobrze, może nie zawsze, ale to nasza słodka tajemnica…

Mehowe Panny

O doborze muzyki na dyskotekę, czyli dlaczego nie Mozart?!

Jeśli ktoś z was miał kiedykolwiek okazję uczestniczyć w jakiejkolwiek dyskotece bądź balu młodzieżowym, z pewnością zauważył, że roli akompaniamentu muzycznego na tego typu imprezach nie pełnią klasyczne utwory będące chwalonymi od wieków dziełami sztuki, lecz utwory, które wręcz ciężko nazwać muzyką.  „Hity” odtwarzane przy takiej okazji nie zachwycają złożonością i jakością, co jest najbardziej zauważalne, gdy wsłuchamy się w teksty tych piosenek. Są one w większości prymitywne, tudzież wręcz infantylne. Dlaczego więc cieszą się one tak dużą popularnością? Czy nie możemy jako tła muzycznego na wszelkiego rodzaju imprezach stosować choć odrobinę bardziej zaawansowanych i cenionych kawałków? Czemu to właśnie takie gatunki, jak na przykład znane wszystkim pewnie disco polo, dominują w takich przypadkach? Być może ich niezbyt wymyślna konstrukcja sprawia, że nie wymagają one zbyt wiele od słuchaczy, przez co na dyskotekach bawiące się osoby nie muszą się wiele wysilać, by „wczuć się” w nie. Możliwe, że to właśnie to jest głównym powodem tak dużej popularności tego typu muzyki. Niemniej jednak, nie jestem zwolennikiem takich utworów. Uważam je za dość prymitywne i niegodne aprobaty ze strony słuchaczy. Sądzę, że wiele innych osób, które miały kiedykolwiek styczność z prawdziwą muzyką, poparłoby tę opinię.

Nickt

„Dzień sądu”, czyli druga część konkursów przedmiotowych.

A więc stało się. Wiele osób przedostało do TEGO etapu. Etapu rejonowego. Serca wszystkich uczniów, którzy przebrnęli przez część szkolną, na kilka chwil przestały bić. Z jednej strony, cieszyli się, że mają szansę brnąć dalej przez tę dżunglę nauki. Z drugiej strony jednak oznaczało to więcej nauki. Pamiętacie, jak pisałem że, brałem udział tylko w tym jednym konkursie? Otóż, udało mi się przejść. Już kilkadziesiąt minut po tym, jak się dowiedziałem o tym ,,osiągnięciu”, dostałem kartkę z tematami, których mam się uczyć. Jednak po namyśle stwierdziłem, że nauki nie jest tak dużo. Współczuję jednak tym, którzy uczestniczyli w konkursach na przykład z chemii. Dowiedziałem się od kilku osób, że etap ten to była istna masakra. Podobnie było też z matematyką, gdzie nawet najlepsi uczniowie dostali trochę ponad 60 procent. Oczywiście do tego dochodzą jeszcze absurdalne progi przejścia. Weźmy na przykład fizykę. Progiem przejścia nie było 70%. Nie było też 80, nie. Progiem było, uwaga, sto procent. Naprawdę nie wiem, ile trzeba było się uczyć, żeby osiągnąć taki wynik. Patrząc na inne konkursy, mój nie był aż taki trudny. Można nawet powiedzieć, że był całkiem łatwy. Niedawno pojechałem z innymi konkursowiczami zobaczyć nasze prace i muszę przyznać, że całkiem dobrze nam poszło. No cóż. Ja sam nie wiem, czy chcę przejść do następnego etapu. Jako finalista dostanę dodatkowe punkty do liceum, lecz będę musiał bardzo dużo uczyć się do kolejnego etapu. Etapu, który można porównać do rzezi. Etapu wojewódzkiego.

WiecieKtoPisze

Nieuchronny egzamin gimnazjalny

Nie da się ukryć- zbliża się wielkimi krokami. Od dzisiaj do największego testu w naszym dotychczasowym życiu zostało dokładnie 76 dni. Niby dużo, ale jakby się tak porządnie  zastanowić… Wszyscy mówią nam, żeby rozplanować sobie powtórki, robić zadania i podchodzić do tego z głową. Jako trzeciogimnazjalistka przyznam się, że do mnie, tak samo jak do większości mojej klasy, jeszcze nie do końca dotarło to, jak blisko jest egzamin. Choć świat z każdej strony bombarduje nas sugestiami, takimi jak nikczemne zajęcia powtórkowe z języka polskiego o ÓSMEJ rano albo to najbardziej znienawidzone przez każdego gimnazjalistę zdanie: „To było na egzaminie gimnazjalnym”. Ostatnio nasz wychowawca – pan Michał przygotował specjalnie dla nas materiały dotyczące radzenia sobie ze stresem przed ważnymi testami. Choć wszyscy wydawali się nie za bardzo tym przejmować, to widziałam to przerażenie na twarzach tych, którzy powoli orientowali się, że rzeź niewiniątek jest już blisko. Pozostaje tylko uczyć się wszystkiego cały czas, nieustannie. Niestety, jak piszą moje redakcyjne przyjaciółki, ciężkie jest życie gimbusa… Na szczęście ferie na horyzoncie. Dla niektórych czas wypoczynku, dla tegorocznych przyszłych absolwentów Dony – dwa tygodnie ciągłych powtórek wszystkiego.

Karolina

Głupawka, czyli stan zagrażający życiu- z serii trudne jest życie gimbusa

Jak wiemy, nasze życie jest dość ponure- pobudka przed siódmą, szkoła, odrabianie zadań, krótki sen. I znowu. Ogólnie żywot nasz jest nudny, pełen smutku. Jednak jest jedna rzecz, która przywraca nam chęć egzystencji… Ta rzecz nazywa się głupawką. Jest to z jednej strony rzecz cudowna, a z drugiej zgubna. Zawsze przyjemnie jest się pośmiać, bo mówią, że śmiech to zdrowie, chyba że następuje to na lekcji. Zwłaszcza języka polskiego. Za pierwszym razem klasa śmiała się razem z nami, ale potem przestawało to być zabawne. Teraz jest to dla nas traumatyzujące, mimo że na to nie wygląda. Nie możemy się przestać śmiać pomimo naszych starań, a najdziwniejsze jest to, że wcale nie ma konkretnego powodu naszej radości. Prawdopodobnie cierpimy na łagodny przypadek paragelii. Jest to zjawisko objawiające się bardzo silnym, niepohamowanym śmiechem w nieodpowiedniej sytuacji. Tak twierdzi źródło każdej prezentacji gimbusa – wikipedia. Najgorzej jest, gdy którejś z nas nauczyciel każe czytać na głos, co nigdy nie kończy się dobrze. Brzmimy wtedy jak dławione kaczki, które próbują zaczerpnąć powietrza. Nie nasza wina, ze obecność wspaniałej pani Doroty wywołuje u nas nadmiar endorfiny. Jednak są momenty, gdy możemy sobie na to pozwolić. Przerwa jest na to idealnym momentem. Jest głośno i nikt się na nas nie patrzy krzywym okiem. Niestety nie jest to stan uleczalny, dlatego prosimy o wyrozumiałość.

Mehowe panny

Podróż przez stulecia, czyli sobotnie spotkania z historią

W związku ze zbliżającym się wielkimi krokami egzaminem gimnazjalnym nasz wspaniałomyślny i niezastąpiony nauczyciel historii postanowił wspomóc nas w przygotowaniach do tego niezwykle ważnego wydarzenia. Swoje postanowienie realizuje w formie sobotnich spotkań, odbywających się raz w miesiącu, na których po raz kolejny odkrywamy wydarzenia i postacie zagubione na kartach historii. Ponadto poznajemy rozmaite zagadnienia dotyczące najróżniejszych rodzajów budowli, epok i dzieł sztuki. Choć uczniowie nie są zbyt ochoczy do przychodzenia na swego rodzaju lekcje w dzień powszechnie uznawany za wolny od trudów i cierpień szkoły, to dzięki tym zajęciom istnieje znikomy, ale zawsze jednak większy od zera, odsetek szans, że choć jedna osoba z naszej niewielkiej klasowej społeczności zapamięta przynajmniej jedną datę czy też wydarzenie, którego znajomość pomoże jej uzyskać nieco wyższy wynik na egzaminie. Jak powszechnie wiadomo, wiedza nie jest rzeczą trwałą i gdy się jej nie pielęgnuje, łatwo można ją utracić, toteż uczestniczenie w tych niezbyt dogodnie umiejscowionych w czasie zajęciach jest niezbędne, jeśli chce się uzyskać satysfakcjonującą ilość punktów podczas kontroli naszych umiejętności w kwietniu.

Nickt

Introwertycy i ekstrawertycy oczami dwóch przeciwieństw

Jak twierdzi stare przysłowie – przeciwieństwa się przyciągają. Ostatnio odkryłyśmy, że jesteśmy parą przyjaciółek: introwertyczką i ekstrawertyczką. Odkryłyśmy również, że nie każdy wie, co poszczególne określenia oznaczają. Dlatego postanowiłyśmy napisać co nieco o tych dwóch typach osób.

Jako introwertyczka nie lubię być w tłumie, o wiele bardziej wolę być sama. Wtedy mam czas na rozmyślanie o wszystkim i o niczym. Gdy odezwę się na lekcji, zazwyczaj tego żałuję. O wiele lepiej czuję się, rozmawiając z jedną osobą, niż podczas rozmowy w grupie. Nie ma szans, bym się skupiła w głośnym miejscu. Musi być całkowita cisza. Kiedy ktoś lub coś przerwie mi pracę, naukę, od razu się dekoncertuję. Niechętnie rozmawiam „o pogodzie”. Trudno mi jest zmobilizować się do działania, a jak już zacznę coś robić, to mogę poświęcić temu dużo czasu. Mogę godzinami rozmyślać nad ciekawymi rzeczami. Potrzebuję czasu, by nawiązać głębsze relacje. To właśnie ja.

Jako ekstrawertyczka uwielbiam rozmowę z innymi ludźmi.  Pewniej czuję się w grupie, lubię przewodzić, zawsze wybieram rolę lidera. Lubię się odzywać na forum, nie przeszkadza mi, kiedy się mylę. Zazwyczaj patrzę w oczy mojego rozmówcy, by być pewną, że mnie słucha. Dużo gestykuluję, łatwo nawiązuję kontakty, jednak niełatwo mi jest komuś zaufać. Jestem o wiele lepsza w nawiązywaniu wielu powierzchownych znajomości, niż głębokich relacji, ale i jedno i drugie nie przychodzi mi z wielkim trudem. Lubię, gdy dużo się dzieje i trzeba przeskakiwać z jednego tematu na drugi. Potrafię zajmować się wieloma rzeczami naraz. Łatwo mi zaczynać rozmowę. Nie lubię „nic nie robić”, od razu czuję, że marnuję czas. Szybko myślę, wszystko robię gwałtownie, działam na zasadzie impulsu. A to właśnie ja.

A ty? Kim jesteś? Introwertykiem, ekstrawertykiem, czy może mieszanką? Albo z którym typem osobowości jest ci się łatwiej dogadać?

Przeciwieństwa z 3G

2018, czyli coroczny reset do ustawień fabrycznych

Rok 2017 nareszcie się skończył. Nareszcie wszyscy możemy zapomnieć o swoich problemach, bo przecież ,,nowy rok, nowy ja”, prawda? Już kilka dni przed początkiem 2018 na Facebooku można było zauważyć wydarzenia typu ,,W 2018 zacznę chodzić na siłownię” czy ,,Od nowego roku przestaję spożywać czekoladę w tonach”, i tym podobne. Ciekawy jestem, ile osób rzeczywiście dotrzyma swoich postanowień noworocznych. Założę się, że do końca stycznia nagle ubędzie nowych klientów siłowni i wegańskich kawiarni. Ja już jakieś dziesięć lat temu stwierdziłem, że owe postanowienia są kompletnie bez sensu i wróciłem do pożerania słodyczy.

Rokiem 2018 ,,opiekować się będzie Wenus”, więc będzie to rok nadzwyczaj szczęśliwy dla nas wszystkich. Szczęście w pieniądzach i miłości może przyjść do nas w każdej chwili! Oczywiście, tylko jeśli wierzycie w horoskop i inne podobne rzeczy. Pamiętajcie tylko, żeby zadzwonić do swojej lokalnej wróżki po kilka porad, jak zacząć ten cudowny, nowy rok.

Cóż, wiele osób, w tym ja, było zawiedzione ilością śniegu podczas świąt. Niestety, cały styczeń podobno też ma taki być. Ale nie martwcie się! Śnieg ma spaść już w lutym! Może to nie aż tak źle. W końcu w lutym zaczynają się ferie, więc będzie można spokojnie pojeździć na nartach.

Tak więc weźcie swój koktail białkowy w ręce i pójdźcie na siłownię tylko po to, żeby wieczorem w domu rozsiąść się wygodnie na kanapie i oglądając telewizję, zjeść kilkanaście czekoladowych mikołajów kupionych w Biedronce na promocji.

WiecieKtoPisze