Dzień drugi wycieczki do stolicy

Dzień rozpoczęliśmy iście wojskowym akcentem. W Muzeum Powstania Warszawskiego poznaliśmy historię Polaków dzielnie walczących za wolność i niezależność naszego państwa. Dowiedzieliśmy się, jakie przyświecały im cele oraz jak je realizowali. Zwiedzanie rozpoczęliśmy wykładem na temat powstania warszawskiego, po czym przeszliśmy do oglądania eksponatów. Muzeum było dobrze zorganizowane i nowoczesne – z przyjemnością się je zwiedzało. Po zakończonej „lekcji historii” zaczęliśmy zwiedzać Stare Miasto, gdzie odwiedziliśmy Katedrę św. Jana Chrzciciela, w której podziemiach pochowany został między innymi ostatni król Polski, czyli Stanisław Poniatowski, oraz Henryk Sienkiewicz. Widzieliśmy pomnik Małego Powstańca, po czym udaliśmy się na rynek, gdzie mieliśmy godzinę czasu wolnego. Nasza klasa (w znacznej części) spożytkowała go na jedzeniu. Następnie zobaczyliśmy Zamek Królewski i Pałac Prezydencki. Potem przenieśliśmy się do Łazienek. Na koniec dnia udaliśmy się na wieczorny spektakl w teatrze „Polonia”.

Nickt, Dak

Reklamy

Wybory wodza w Donie – z serii trudne jest życie gimbusa

Coraz to większe i większe napięcie z dnia na dzień da się wyczuć w szkole Donie. Na korytarzach można spotkać ludzi szemrających do siebie i robiących jakieś lewe umowy… Co się dzieje? Otóż 13 października odbędą się tegoroczne wybory do samorządu szkolnego! Wszyscy obywatele tego wspaniałego społeczeństwa wybiorą demokratycznie swych dwóch przywódców, którzy będą ich prowadzić przez ciężką i żmudną drogę, zwaną rokiem szkolnym. Gdzie człowiek nie spojrzy, tam plakaty wyborcze. Piękne i piękniejsze (,,Czarna z cytryną” wymiata). Już jutro dowiemy się, kto przekonał do siebie największą część ludu Dony. Mamy nadzieję  że będzie to przez wszystkich lubiana 3g. Jeśli nie, to zawiesimy czarną flagę i pogrążymy się w klasowej żałobie. Trzymajcie kciuki, by tak się nie stało, gdyż inaczej nie spotkacie już przedostatniego pokolenia gimbusów na korytarzach… (Bo nie przyjdziemy do szkoły oczywiście) Nie będzie to łatwy wybór, bo wszystkie kampanie mają właściwie te same obietnice wyborcze. Jednak bądźmy realistami! Kto nie kocha miłej, czarującej, ambitnej i przebojowej 3g?

Mehowe Panny

Wszyscy zginiemy, czyli kolejny koniec świata

Hurra! Dwudziestego trzeciego września jednak nie było końca świata! Możemy dalej cieszyć się naszym cudownym, szkolnym życiem w Donie. Niestety, nasza radość szybko się skończyła, albowiem kolejny koniec świata został zapowiedziany na, uwaga, piętnastego października. Ale czy można wierzyć tym przepowiedniom?

Nie. Ani trochę. Nigdy tego nie róbcie. Te ,,przepowiednie” są układane przez numerologów, którym nie wolno ufać w tych sprawach. Osobiście przeżyłem już około sześć końców świata, w tym te w 2012 i w 2006. Ale dlaczego akurat 15 października? Tego dnia ma przelecieć niedaleko Ziemi kometa, która podobno się z nami zderzy. Obiekt ten przeleci bardzo blisko naszej planety. Właśnie dlatego niektórzy twierdzą, że ową kometę przyciągnie grawitacja. Ostatnio czytałem, że jest to możliwe, ale i tak obiekt jest tak mały, że nawet kiedy uderzy w Ziemię, to nic nie powinno się stać. Wydaje mi się, że media specjalnie wywołują u nas panikę tytułami typu: ,,Koniec świata już 15 października!” albo ,,On wie, kiedy będzie koniec świata. To już niedługo”. Oczywiście, autorzy tych artykułów stosują starożytną sztukę ,,clickbaitu”, czyli materiału, który ma często tytuł trochę odbiegający od treści artykułu tylko po to, żebyśmy na niego kliknęli.

Chociaż cztery huragany, trzęsienie ziemi, możliwość wojny nuklearnej i erupcji wulkanu w Yellowstone nie napawają optymizmem. No cóż, przynajmniej nie grozi nam inwazja kosmitów.

 

WiecieKtoPisze

Nieobecności na kółku dziennikarskim, czyli strach ma wielkie oczy

Powracam po dość długiej, kilkumiesięcznej przerwie. Nowy pseudonim, nowe pomysły i mam nadzieję, że także nowe, bardziej regularnie wrzucane i ciekawsze teksty.

A o czym dzisiejszy artykuł? O tym, jak nie podpadać nauczycielom, szczególnie takim na szczycie DONY, bo chyba wszyscy wiemy, że media to potęga. Ale po kolei.

Jak wszyscy wiemy, nasze teksty są tworzone na kółku dziennikarskim, organizowanym przez nauczycielkę, którą w tym artykule będę nazywał ,,panią D.”. Na naszym kółku panuje miła atmosfera, co prawda nie zawsze pomaga to w pisaniu, ale na pewno jest wiele chwil wartych zapamiętania. Jednak, gdy nadchodzi koniec, wszyscy zabierają się do pisania, aby zdążyć przed końcem lekcji. Wszystko to oczywiście ze strachu… przepraszam, z szacunku do pani D., której nie chcemy oczywiście sprawić przykrości. A szczególnie nie chcemy jej zdenerwować, na przykład nieprzychodzeniem na kółko dziennikarskie.

Pewnego dnia nie poszedłem na moje ukochane kółko. Argumentów miałem kilka, ale przyznam uczciwie przed samym sobą, że głównym powodem było kuszące łóżko czekające na mnie w domu.  Tak czy inaczej, nie pojawiłem się na kółku. Potem na drugim. Na trzecim. I tak to powoli rosło, o czym pani D. przypomniała mi pod koniec roku, kiedy zaczął się dramatyczny wyścig z czasem, gdyż każdy chciał zaliczyć jak najlepszą ocenę z każdego przedmiotu. Tak czy inaczej, dzięki mojemu zamiłowaniu do kołdry i wygodnego materaca moja ocena z języka polskiego nie była tak wysoka, jak mogła być, chociaż i tak nie byłem z niej niezadowolony. Już po zakończeniu roku szkolnego zrobiłem listę rzeczy, których nie musiałem sobie odpuszczać. I chyba nikogo nie zdziwi obecność na tej liście kółka dziennikarskiego.

Przyszedł nowy rok szkolny, nowe możliwości i nowe postanowienia, które zawsze brzmią lepiej, gdy są wypowiadane w połowie lipca, a nie na początku września. Tak więc przybyłem do cudownej DONY z nowymi chęciami i pomysłami na teksty. I nagle okazuje się, że kółka nie będzie. Chwilę potem okazało się, że kółko będzie, ale samemu trzeba przynieść coś do pisania. A więc znowu moje lenist… pragnienie relaksu w złym momencie wzięło nade mną górę. Noszenie ze sobą laptopa do szkoły nie zapowiadało się dobrze. I tak minął wrzesień, a ja chyba znowu spróbuję podjąć wyzwanie rzucone mi przez kółko dziennikarskie.

Tak więc ten artykuł chyba można potraktować jako przeprosiny, ale może to być także dla niektórych tekst humorystyczny czy informacyjny. Ale to pozostawiam już domysłom czytelników. Przecież  wiemy, że media to potęga.

————————————————————————————————————————————–

*Żaden uczeń nie był przymuszany do napisania tego artykułu. Nie grożono mu ani nie karano go. Żadna obca siła nie ingerowała w pisanie tego tekstu. Autor tekstu znika na tydzień, ale nie jest to efekt działania żadnej z wymienionych w powyższym tekście osób.

 

To znowu on

Dzień trzeci wycieczki do stolicy

Warszawa – przepiękna stolica naszego przepięknego kraju. Trochę smutno, że to nasz ostatni dzień w tym mieście.

Po pobudce, tradycyjnie o 7:00, wszyscy poszli na śniadanie. Co ja mogę powiedzieć, śniadania w naszym hotelu były naprawdę dobre. Mogliśmy spędzić w stołówce więcej czasu, bo każdy był już spakowany. Po wyniesieniu walizek z hotelu i wniesieniu ich do autokaru, mogliśmy zacząć ostatni dzień zwiedzania.

Naszym pierwszym obiektem turystycznym był dach Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Ku mojemu zdziwieniu, było tam dosyć ładnie. W sumie to trochę dziwne – ogród na dachu gigantycznego budynku, prawie w centrum miasta. Po opuszczeniu tego pięknego obiektu turystycznego poszliśmy do Centrum Nauki Kopernik, mojego ulubionego muzeum. Na początku jednak udaliśmy się do planetarium, gdzie oglądaliśmy wyjątkowo dziecinny seans. Mówię prawdę – obok nas siedziały dzieci z przedszkola. Całe szczęście, nie trwał on za długo. Potem szliśmy już do Centrum Nauki. Ucieszyłem się, bo ekspozycje były nieco inne od mojego ostatniego pobytu w tym miejscu.

Większość czasu spędziłem na wystawie o psychice człowieka. Przy wejściu brało się specjalną kartę. Dzięki niej mogliśmy ,,używać eksponatów”, które były naprawdę niesamowite. Dowiedziałem się między innymi, że nie mam uczuć i że w przyszłości będę prawnikiem. Niestety, mieliśmy tylko 2 godziny za całe to zwiedzanie, więc nie zdążyłem zobaczyć wszystkiego.

Po zwiedzaniu Centrum Nauki Kopernik, udaliśmy się wszyscy do autokaru, by w bólu i żalu wracać do naszego pięknego miasta, Krakowa.

 

WiecieKtoPisze

Dzień pierwszy wycieczki do stolicy

Po niezwykle wymagającym i okropnym początku dnia, jakim była konieczność wstania o czwartej rano, by zdążyć na zbiórkę, rozpoczęła się sześciogodzinna podróż autokarem do stolicy naszego pięknego kraju, zwanej Warszawą. Niestety już od początku wycieczki pogoda nam nie dopisywała. Strugi deszczu lały się po szybach naszego autokaru, skutecznie zmywając wszelkie nadzieje na to, by podczas naszego krótkiego pobytu w stolicy miała dopisywać nam słoneczna pogoda. Atmosfera nie napawała optymizmem.

Po dotarciu na miejsce pierwszym punktem naszego – jak zwykle dość napiętego – programu było zwiedzanie Muzeum Historii Żydów Polskich „POLIN”. Poznawaliśmy w nim rozmaite fakty na temat Żydów, ich zwyczajów, tradycji, religii i wielu innych zagadnień dotyczących ich kultury. Muzeum było dość ciekawe i skutecznie zapoznało nas z tematem, któremu zostało poświęcone.

Po zakończeniu dwugodzinnego zwiedzania zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Stadionu Narodowego. Niestety warunki drogowe nie były sprzyjające. Korki na drogach nie zachęcały do jazdy. Do tego okoliczności pogodowe odstraszały od opuszczania autokaru. Dzień zakończyliśmy krótkim pobytem na trybunach Stadionu Narodowego, na który mało kto miał ochotę, po czym udaliśmy się do hotelu na obiadokolację.

Nickt

Głód w DONIE – z serii trudne jest życie gimbusa

Jak wiadomo, gimbusy połowę dnia spędzają w szkole. Przez ten czas myślą nad zadaniem z matematyki typu „rozwiąż sprytnie’’, a to zawsze źle wróży, bo zużywamy połowę naszej energii. Trzeba ją jakoś uzupełnić. I właśnie tu pojawia się problem! Po lekcjach, zmordowani i myślący jedynie o jedzeniu, nie możemy iść na obiad i wrócić do szkoły. A do szkoły musimy wrócić, bo mamy zajęcia nieobowiązkowe. Dlatego przynosimy obiady ze sobą! Niełatwo jest coś wymyślić. Musi to być lekkie, smaczne, pożywne i jadalne na zimno. Gdybyśmy mieli tylko mikrofalówkę… W każdym razie, jako niedoświadczeni jeszcze kucharze, przygotowujemy dania, które nie wyglądają zbyt apetycznie.  Dla przykładu jedna Mehowa Panna ma ciapkę z owsianki, kakao, banana i orzechów. Brzmi smacznie, ale gorzej wygląda… Przez to je ją tylko po lekcjach, żeby nie straumatyzować reszty klasy (bo nic by nie była w stanie przełknąć). Jednak przez ten zakaz wychodzenia na obiad mamy sposób, żeby się mścić na nauczycielach. Mianowicie zaczynamy narzekać, że nie wolno nam opuścić szkoły, co nie daje innego wyjścia profesorowi, jak zaproponować biednemu uczniowi towarzystwo w niebezpiecznej drodze po obiad. Rozumiemy, że nauczyciele martwią się o naszą wiedzę ukrytą w mózgach, która z większym lub mniejszym skutkiem tam wchodzi. Jednak myślenie, że spacer przez ulicę jest najbardziej ryzykowną rzeczą, jaką na co dzień robimy, jest wielkim błędem. Ale rozumiemy, że takie nierozważne gimbusy, myślące tylko o jedzeniu, mogą zostać rozłożone po drodze przez tramwaj na czynniki pierwsze.

Mehowe Panny

Siódma klasa po raz pierwszy od wielu lat

Klasa siódma miała być najmłodsza w gimnazjum, ale przez reformę jest najstarsza w podstawówce. Do klasy doszło 4 nowych uczniów: Miriam, Jan, Jakub i Stanisław.

Jakub lubi język angielski i ma psa. Posiada najlepszą kartę graficzną w komputerze .

Stanisław  mieszkał 7 lat w Kalifornii. Lubi matematykę i układać kostkę Rubika.

Jan ma psa, który „wygląda jak parówka” . Trenuje szermierkę od szóstego roku życia. Lubi grać w gry komputerowe i pić kawę.

Miriam  chodziła do szkoły sportowej. Trenowała gimnastykę sportową, lecz od zawsze chciała trenować gimnastykę artystyczną.

Nina lubi grać w gry komputerowe i rysować. Gra na pianinie od przedszkola. Ma psa o imieniu Pixie.

Paweł lubi rysować, układać wszelkiego rodzaju kostki Rubika. Gra na klarnecie od trzeciej klasy.

Zosia w wolnych chwilach rysuje i gra w gry komputerowe. Ma psa o imieniu Funia.

Tymoteusz lubi grać w LOL’a. Gra na skrzypcach od 6lat. Ma kota Kraszana.

Olga jeździ na koniach od 2012 roku. Ma psa o imieniu Padi. Kocha zwierzęta, a zwłaszcza psy.

Wojtek ma ciekawe poczucie humoru. Układa kostki Rubika i świetnie radzi sobie z matematyką.

Weronika jest specjalistką w robótkach plastycznych  i rysowaniu. Nie ma żadnego zwierzaka.

Henio lubi grać na komputerze. Ma niecodzienne poczucie humoru i szynszyla.

 

PXII SZUBIX

Żegnaj Świnko

Wraz z rozpoczęciem roku szkolnego przyszła do nas bardzo smutna informacja. Nasza ulubiona knajpa Świnka została zamknięta. Nikt nie wiedział, co się stało. Otóż Świnka nie była tylko małą, przytulną knajpą w pobliżu. Było to stałe miejsce spotkań Donersów, miejsce, gdzie można było smacznie zjeść, lub rozgrzać się, pijąc zdecydowanie najlepsze kakao w mieście. Stało się już tradycją, że jeśli ma się gorszy dzień, idzie się do różowej kamienicy na rogu i zamawia naleśniki z czekoladą i bananami. Ten stały element świnkowego menu naprawdę potrafił poprawić humor. Nawet nasi drodzy nauczyciele lubili Świnkę i często można było ich tam spotkać. Wystrój tego miejsca był dość specyficzny, ale dzięki temu nabierało wyjątkowości. Ogromny szyld przed wejściem miał na sobie rysunek świnki i nazwę restauracji. Jak już wspomniałam, cały budynek jest jasnoróżowy. W środku mogliśmy znaleźć wiele odniesień do nazwy, na przykład różowe ściany, poduszki w kształcie świnek, lampy w kształcie świnkowych ogonków. Nie zapominajmy też o sieci wifi, której hasło brzmiało: „chrumchrum”. Codziennie można było zjeść tam coś innego- od kuchni indyjskiej, przez chińską, aż po włoską. Dania były bardzo zróżnicowane, kuchnia miała wiele pomysłów. Zawsze znalazło się też coś dla wielbicieli deserów, domowe ciasta, tarty, a ponadto Świnka oferowała śniadaniowe menu w godzinach porannych, z którego miałam przyjemność parę razy skorzystać. 🙂

Myślę, że wszyscy będziemy tęsknić za naszą ukochaną Świnką, szczególnie że nasza szkoła była z nią tak zżyta. Dobra wiadomość jest taka, że napisaliśmy do właścicieli knajpy, a oni powiadomili nas o tym, że na miejscu Świnki niedługo powstanie nowa restauracja i prosili pozdrowić uczniów Dony. Nie mogę się już doczekać!

Karolina

Ewakuacja DONY oczami klasy 7

W szkole 28.09. odbyła się ewakuacja na wypadek pożaru. Wszystko zaczęło się od spokojnej lekcji języka polskiego. Robiliśmy zadania, mieliśmy mówić wiersze i na nasze nieszczęście zadzwonił dzwonek. Wszyscy myśleli, że to koniec lekcji. Nagle weszła pani dyrektor i powiedziała o ewakuacji. Byliśmy przestraszeni,  bo na początku myśleliśmy, że to prawdziwy pożar. Po drodze zorientowaliśmy się, że to jednak są próby. Gdy wychodziliśmy ze szkoły, inni przechodzili na drugą stronę ulicy. Staliśmy przy ścianie, wszyscy żartowali, że jutro mamy wolne. Każdy z nauczycieli tulił dzienniki, choć nam nie pozwolili wziąć niczego, tylko niektórzy w ostatniej chwili złapali telefon. W tym momencie zdaliśmy sobie sprawę, iż największy skarb nauczycieli to dzienniki. Mieliśmy już nadzieje, że spłoną w sztucznym pożarze. Potem wróciliśmy do klas i kontynuowaliśmy spokojnie lekcje.

Karotka ❤